IndeksRejestracjaSzukajFAQZaloguj

Share | 
 

 [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Tony.
Laureat Roku
Laureat Roku
avatar

Female Wiek : 21
Skąd : Poznań
Liczba postów : 166
Rejestracja : 19/04/2016

PisanieTemat: [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]   Pią Lis 11 2016, 01:53

Fandom Sherlock BBC
Autor DallasEve aka Tony
Beta/bety: Wirka
Paring: Johnlock
Gatunek: kryminał/angst
Ostrzeżenia: Angst, to samo w sobie jest ostrzeżeniem
N/A: Seria przyimkowa! Część pierwsza napisana na akcję Ofiary i Oprawcy 2016 w ramach promptu 29: Napisz tekst, który dzieje się w Halloween. Część druga napisana na akcję Ofiary i Oprawcy 2016 w ramach promptu 34: Napisz tekst, w którym ktoś wraca zza grobu. Dla Olgie ^^. Cytaty pochodzą z piosenki "Wastelands" Linkin Parka




Zamiast siebie



Część I



In the wastelands of today,
Where there's nothing left to lose,
And there's nothing more to take,
But you force yourself to choose..
.



Ustalam fakty. Teoria zakłada, że ludzki organizm umiera śmiercią głodową po minimum dwóch, a maksimum sześciu tygodniach. John z całą pewnością również o tym wie. Moja przewaga polega na lepszym rozeznaniu w sytuacji szczególnej - naszej.

Mój “transport” jest przyzwyczajony do krótkotrwałych okresów głodu, jednak nigdy nie trwały one dłużej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Jestem wyższy od Johna, mam mniej materiału zapasowego, a mój mózg zużywa o wiele więcej energii niż zakłada norma. W moim przypadku dwa tygodnie są nie dolną, a górną granicą wytrzymałości organizmu.

Dzienne zapotrzebowanie mojego organizmu wynosiło jakieś tysiąc siedemset kilokalorii - prawie sto więcej, niż Johna. Przy naszym wzroście i wadze, nasze zapasy energetyczne są znacząco różne; moje oscylują w granicach stu dwudziestu tysięcy kalorii, Watson posiada o jakieś sześćdziesiąt tysięcy więcej. Wynika to z naszej budowy i odmiennych sposobów odżywiania. Ja to w większości mięśnie i kości, John całe szczęście posiada jakieś zapasy tłuszczu. Jim umieścił nam w celi toaletę i dostęp do wody - widać wie, że w przeciwnym razie nasza śmierć byłaby bardzo nieestetyczna, problem odwodnienia więc nas nie dotyczy. Jeśli obliczę minimalny czas, w którym obaj umarlibyśmy, przyjmując pięćset kilokalorii dziennie - da mi to przybliżony czas, który Moriarty chce przeznaczyć na swój… eksperyment.

Utrata dwudziestu pięciu procent masy komórkowej sprawia, że człowiek umiera. W moim przypadku powinno to nastąpić po trzynastu dniach, dodając do tego połowę racji  żywnościowej od Moriarty’ego mój czas wydłuża się do osiemnastu dni. Muszę od nich odjąć dwa, czyli dni przed porwaniem, które spędziłem na pogoni za Jimem, a potem jeszcze trzy - tyle, ile wynosi okres mojego uwięzienia. Daje mi to z powrotem moje trzynaście dni. Z podobnych obliczeń wykonanych dla Johna wynika, że jemu umieranie zajmie dokładnie pięć tygodni na połowie głodowych racji Jima i trzy tygodnie bez niej.

Zawsze wiedziałem, że John, przy swoim trybie życia, będzie żył co najmniej dwa razy dłużej, niż ja.

Jakaś część mnie śmieje się z tego niezbyt śmiesznego żartu, ale inna dostrzega coś ważnego. Czepiam się tej myśli. Nawet, jeśli jadłbym całą porcję, jaką dostajemy, nie byłbym w stanie żyć dłużej niż John. Dałoby mi to dodatkowych kilka dni, ale w ogólnym rozrachunku obaj umarlibyśmy po dwudziestu dniach. Ni mniej, ni więcej. To tak bardzo w stylu Moriarty’ego, że śmieję się w duchu, trzęsąc posadami Pałacu. Wiedziałem od początku, że nie chodzi mu zwyczajnie o śmierć, jemu chodzi o wybór, o poświęcenie. Możliwe, że Jim nie wiedział o tych dwóch dniach postu, które miałem przed porwaniem, jednak wciąż dawałoby to wyniki na granicy ryzyka.

Niezależnie od racji żywnościowej, niezależnie od ilości dni, które tu spędzimy - plan Geniusza Zła zakłada, że zginie co najmniej jedna osoba, podczas gdy druga będzie czuła się odpowiedzialna za jej śmierć. Co ciekawe, Jim zostawia nam otwartą furtkę; ja i John możemy dzielić się jedzeniem i umrzeć razem.

Po raz pierwszy przeklinam Lestrade’a za to, że wywiózł Mycrofta na ich miesiąc miodowy na tyle daleko, że macki Szarej Eminencji nie mogą uratować mnie i Mojego Doktora.


***


Mycroft, rzecz jasna, spodziewał się, że jego młodszego brata nie będzie w Halloween w domu. W tym okresie w roku ludzie widywali o wiele więcej “duchów” niż zazwyczaj. Nie był jednak przygotowany na to, że pani Hudson oznajmi, że nie widziała ani Sherlocka, ani Johna od co najmniej kilku dni.


***


Moriarty stoi nade mną, wykrzywiając się szyderczo. Pochyla głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli patrzeć lewym czy prawym okiem. Mój umysł jest dziwnie zamglony, nie mam siły, żeby zanalizować to, czego jestem świadkiem, przez co mam wrażenie, że chwila ta przeciąga się w nieskończoność. Chyba nawet wolałbym, żeby tak było, bo po chwili zarówno zbyt długiej i zbyt krótkiej, Moriarty sięga ręką gdzieś poza granicę mojego spojrzenia i wyciąga stamtąd Johna. Chudego, bladego, z podkrążonymi czerwonymi oczami. Próbuję coś powiedzieć, jednak mam wrażenie, że mój język zapomniał, jak się poruszać. Oddech przyspiesza, puls również, boję się dużo bardziej niż wcześniej - gdy Watson był “poza równaniem”.

- To wszystko Twoja wina, Sherlock… Ach, jaka szkoda. Twój przyjaciel mógł przeżyć, wiesz? A tak oboje będziecie pokarmem dla moich złotych rybek… - szyderczy śmiech rozlega się w pomieszczeniu nagle, akompaniując świszczącemu oddechowi doktora - Choć za bardzo to się one nie najedzą, oj, nie… Dlaczego złamałeś zasady, Sherlock? Powinieneś być grzecznym chłopcem...

Moriarty rzuca zmaltretowanym ciałem Johna w ścianę, na co ten niemal nie reaguje - wydaje z siebie jakiś cichy dźwięk, obejmuje się ramionami i zastyga w tej pozycji, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Odruchowo krzyczę jego imię. Próbuję się do niego doczołgać, dosięgnąć go i zrobić jakąś z tych głupich, sentymentalnych i nikomu niepotrzebnych rzeczy, objąć go, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… cokolwiek. Nie mogę się jednak podnieść, co uświadamiam sobie dopiero wtedy, gdy bez sił opadam na bok. Głód, podszeptuje mi “transport”, a ja mam ochotę wygryźć sobie żołądek,  żeby udowodnić, że go nie potrzebuję.

- Ach, drogi Sherlocku… A mogło być tak pięknie… - w polu widzenia pojawia się czubek buta Jima, którym ten odchyla moja twarz ku górze - Byłeś dość inteligentny, żeby wszystko wyliczyć, ale nie dość silny, żeby skazać na śmierć siebie, prawda?

Olśnienie przychodzi nagle, razem z uczuciem silnych wstrząsów pochodzących z mojego ramienia. Otwieram oczy i zamieram na moment, widząc nad sobą zmęczoną i współczującą twarz Johna. Wraca do mnie chęć objęcia Watsona, którą zduszam, zanim zdoła się rozwinąć do końca. Biorę głęboki wdech, czując zawroty głowy.

- Co Ci się śniło? Krzyczałeś.

John kulturalnie nie wspomina o tym, że to swoje imię usłyszał z moich ust. Kręcę tylko głową, niezdolny do zmierzenia się z tym snem ponownie i wspieram się na jego ramieniu, dzięki czemu udaje mi się usiąść. Rozglądam się po naszym więzieniu i widzę talerz z papką i proteinowymi batonikami. Wszystko jest nietknięte, dlatego obrzucam Johna zirytowanym spojrzeniem. Przecież ustaliliśmy… to znaczy, ja ustalałem, a Watson się oburzał… że ma jeść!

- Sherlock…

- Nie, John. Znasz dobrze moje kalkulacje...

- Gówno, nie kalkulacje! - w głosie Watsona słychać było desperację - Jakiś czas na pewno damy sobie radę…

- Nigdy wcześniej nie kwestionowałeś mojej inteligencji, więc nie rób tego teraz. Prawdopodobnie już pojawił się u ciebie ból brzucha, w końcu nie jadłeś od co najmniej siedemdziesięciu dwóch godzin… - patrzę Johnowi prosto w twarz, widzę, że mężczyzna odruchowo przyciska ręce do żołądka i mimowolnie wzdycham - Tak jak myślałem. Po kolejnych kilku dniach głodówki zacznie boleć cię głowa, dwa do trzech dni później pojawi się apatia i agresja, potem...

John patrzy na mnie gniewnie, a siła jego spojrzenia sprawia, że cichnę. Z resztą, to nawet lepiej, nie mam w sobie dość siły, żeby skończyć swój monolog. To nie pierwsza taka kłótnia, a Watson jest lekarzem - doskonale zdaje sobie sprawę ze skutków niedożywienia. Szkoda, że do Johna nie przemawia argument, że doprowadzenie do śmierci mnie będzie szybsze i bardziej humanitarne… Zaciskam zęby i wyrzucam obrazy ze snu ze swojej głowy, upychając je po nieużywanych Pokojach. Jestem w sytuacji patowej, musiałem jakoś przekonać Johna do tego, że to on powinien przeżyć… Bo gdybym to ja pozostał przy życiu, to i tak moja egzystencja zakończyłaby się wraz z ostatnim oddechem Watsona. Moje serce kłuje ostro, jakby dopiero teraz zdało sobie sprawę, jak wiele okazji zmarnowało swoją krótkowzrocznością.

Jedno jest pewne. Mój Doktor beze mnie będzie miał szanse na szczęście, raz już to udowodnił, a ja bez Johna… nie. I to był fakt - wydedukowany i niepodważalny.


***

Mycroft, jeśli musiał, był w stanie poruszyć niebo i ziemię. I robił to teraz, jednak jego młodszego brata nigdzie nie było. Znajomi nic nie wiedzieli, policja też nie. Ludzie, na jego polecenie, przeczesywali szpitale, areszty, izby wytrzeźwień i meliny narkomanów, jednak Sherlocka nie było nigdzie. Greg wspierał męża jak tylko mógł - sam również szukał, badał, prowadził śledztwo. Młodszy Holmes jednak zapadł się pod ziemię.


***

Mija kilka godzin, a między mną a Johnem wciąż stoi talerz pełen jedzenia. Przez pierwsze trzy dni rozmawialiśmy ze sobą - wymyślaliśmy plany na ucieczkę, wspominaliśmy stare sprawy… Jednak od czasu pierwszej kłótni o jedzenie, John nie odzywa się nawet słowem. Jedynie nasze brzuchy wydają z siebie raz po raz jakieś rozpaczliwe dźwięki, ale obaj udajemy, że ich nie słyszymy. Nagle żołądek Watsona domaga się jedzenia na tyle głośno, że Doktor obejmuje go rękoma, jakby mogło to zagłuszyć instynktowne reakcje jego organizmu. Normalnie skwitowałbym tę nielogiczność działań uśmiechem, teraz jednak wcale nie mam na to ochoty. Jestem w sytuacji patowej, muszę jakoś przekonać Johna do tego, że to on powinien przeżyć…

Pora coś wymyślić, Sherlocku! To zawsze była twoja jedyna mocna strona.

Składam ręce pod brodą i zamykam oczy. Mój Pałac Myśli jest tak samo swojski i przytulny jak zwykle. Zanurzam się w znajomych kształtach i kolorach, co koi moje nerwy i uspokaja oddech. Zaczynam buszować po moich wspomnieniach związanych z Johnem - wyraz jego twarzy, kiedy spojrzałem mu pierwszy raz w oczy; jego uśmiech; ton głosu, którym wypowiadał moje imię, kiedy odmawiałem jedzenia. To wszystko trzymało mnie w świetle, nie pozwalało mi się stoczyć w narkotyczne doliny. Gdyby nie Mój Doktor, już dawno umarłbym z nudy, dosłownie, sam bym ze sobą skończył (jeśli nie przez narkotyki, to dzięki tabletce od genialnego taksówkarza).

Krótki spacer po wspomnieniach po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że ratowanie własnej skóry nie ma sensu i byłoby zwyczajnym zmarnowaniem szansy. Wiem, że nie jestem w stanie przekonać o tym Johna, dlatego muszę być od niego sprytniejszy (tak, jakby to stanowiło jakiś problem). Normalne sposoby perswazji tu nie zadziałają, muszę uknuć pułapkę, na tyle przekonującą, żeby kochający sprawiedliwość i wybory właściwe moralnie John dał się złapać w sidła.


In the wastelands of today,
Where tomorrow disappears
While the future slips away,
And your hope turns into fear...
In the wastelands of today.

___________________________________

Sometimes you gotta run before you can walk


Ostatnio zmieniony przez Tony. dnia Pią Sie 25 2017, 14:42, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Tony.
Laureat Roku
Laureat Roku
avatar

Female Wiek : 21
Skąd : Poznań
Liczba postów : 166
Rejestracja : 19/04/2016

PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]   Pią Lis 11 2016, 01:55

N/A: Seria przyimkowa! Tekst napisany na akcję Ofiary i Oprawcy 2016. Część druga spełnia prompt 34: Napisz tekst, w którym ktoś wraca zza grobu. Dla Olgie ^^. Cytaty pochodzą z piosenki "Waiting for the end" Linkin Parka


Część II



Waiting for the end to come
Wishing I had strength to stand
This is not what I had planned
It's out of my control


- Moriarty.
Po kilku godzinach ciszy głos Mycrofta brzmi obco. Jeśli wyeliminujesz niemożliwe, reszta musi być prawdą. Widać Jim znalazł sposób, żeby wrócić z martwych i znów dopaść Sherlocka. Zimny strach oplata serce starszego Holmesa na myśl, że brat pozostaje poza jego zasięgiem, zmusza się jednak do zgaszenia tego uczucia w zarodku. Znajdzie Sherlocka i Watsona, zanim będzie za późno.



***


Mija sporo czasu, ale kiedy opuszczam bezpieczne progi mojego Pałacu Pamięci wiem już, co muszę zrobić.  

Zadanie jest proste - muszę udawać, że jem, a jednocześnie wmuszać jedzenie w Johna. Zakładam, że Moriarty chce ujrzeć poświęcenie, a zatem gra skończy się, kiedy jedno z nas odmówi jedzenia, a drugie je przyjmie. Zapewne gdybyśmy obaj, ja i John, przestali jeść, Jim zabiłby nas obu. Nie wybieracie ocalałego? Nie oszczędzę żadnego, proszę bardzo.

Rozglądam się po naszej wspólnej celi. John śpi, zawinięty w swoją kurtkę, a jedzenie wciąż pozostało nietknięte. Uparty jak osioł. Nie chcę tracić sił na wstawanie, więc przesuwam się po podłodze w kierunku talerza. Przyglądam się mu krytycznie. Na pewno nie mogę pozbyć się tego, jedząc. To byłoby dla Jima złamanie zasad, czyli spowodowałoby bardzo przykre konsekwencje. Zastanawiam się, czy zwyczajnie nie powiedzieć Johnowi o rozmowie, którą przeprowadziłem z Moriartym przed tym wszystkim… Szybko odrzucam tę opcję.

Szukam innych rozwiązań. Nie mogę chować jedzenia w płaszczu - to w ogóle nie wchodzi w rachubę. Dalej… toleta? Patrzę na śpiącego Johna i chrząkam na próbę, a jego głowa drga, jednak się nie budzi. Spuszczenie wody wyrwałoby go ze snu na pewno. Nie, to odpada. Dalej...

Talerz z jedzeniem zawsze pojawia się w szparze między drzwiami a podłogą. Oceniam swoje szanse i po krótkich kalkulacjach postanawiam zaryzykować - wypchnąć część jedzenia poza pomieszczenie, tak, żeby John zjadł resztę. Jeśli powiem mu, że postanowiłem zgodzić się na jego plan, jeść pół porcji, nie powinien nic podejrzewać - przynajmniej przez jakiś czas. Tak też robię, co może nie wygląda estetycznie, ale w końcu nie o to mi chodzi, ma być skuteczne. Wypycham dwa z trzech batoników i trochę z papki. W życiu bym czegoś takiego nie tknął, John na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Kiedy wszystko jest już gotowe i wygląda na “nadjedzone”, ze wstrętem wycieram palce w ścianę. Wygląda jak owsianka - nienawidzę owsianki.


***


Greg wziął w pracy urlop na czas nieokreślony i razem z Mycroftem rzucił się w wir poszukiwań.  Starszy Holmes wysyłał swoich ludzi, przeglądał nagrania z kamer i gromadził informacje, natomiast Lestrade wypytywał ludzi podziemia. Nie da się zataić faktów przed Mycroftem, przynajmniej nie na długo, Greg o tym wiedział… ale z każdą upływającą godziną obaj mężczyźni czuli coraz większy niepokój.


***


Moja taktyka działa przez kilka następnych posiłków. John je, a ja mam tylko nadzieję, że dla Moriarty’ego to wystarczy. Z dnia na dzień robię się coraz słabszy i z niemałym zdumieniem obserwuję, jak mój “transport” przechodzi przez kolejne fazy wycieńczenia z głodu. To całkiem zabawne, o ile człowiek umie się odciąć od tego, co mówi do niego jego ciało. Żałuję tylko, że nie mam żadnego notatnika lub komputera… nawet dyktafon byłby przydatny. Nie ma lepszej osoby do prowadzenia na sobie takich obserwacji niż ja.

Faza pierwsza: głód. Już dawno za mną. Ssanie w żołądku, zawroty głowy i przemożna chęć zjedzenia czegokolwiek. To stadium obserwowałem na sobie już wiele razy, dlatego poradziłem sobie z nim o wiele lepiej niż John - nauczyłem się ignorować niektóre potrzeby “transportu”, żeby móc w spokoju pracować nad sprawami. Jedynie ból głowy sprawiał, że miałem ochotę trzaskać nią o podłogę. Watson natomiast pozostał w fazie pierwszej - głodny, poirytowany, antypatyczny i zły na cały świat… ale przynajmniej bezpieczny.

Faza druga: brak apetytu. W głodówkach da się wyróżnić moment, w którym ciało przyzwyczaja się do braku pożywienia i zaczyna reagować obojętnością lub wręcz odrazą na sam jego widok i zapach. Wyrugowuje swoje potrzeby, żeby przetrwać - jeśli jedzenie znajdowałoby się w otoczeniu, ale nie można go wykorzystać, wówczas organizm produkowałby ogromne ilości kwasu żołądkowego i innych enzymów trawiennych, a w stanie wyniszczenia nie może sobie na to pozwolić. Dlatego przy drugim i każdym kolejnym “przekręcie” pokarmowym, jaki uskuteczniam, żeby John zjadł cokolwiek, mój żołądek reaguje coraz to większym wstrętem. Stan ten utrzyma się aż do końca.

Faza trzecia: zimno. Podczas głodówki stopniowo kończą się zapasowe materiały energetyczne organizmu, dlatego nastaje moment, w którym “transport” musi wybierać. Nie jest to łatwe - przemiany metaboliczne, działanie narządów wewnętrznych, praca mózgu, a nawet glikoliza - wszystko to wymaga energii, której ciało nie ma w tym stadium najwięcej. Najpierw wyłącza się metabolizm - żołądek przestał pełnić część swoich funkcji już w fazie drugiej, wątroba podobnie.  Także ogrzewanie całego organizmu wydaje się być dla “transportu” zbytkiem, więc zimno staje się nieznośne, i to jedyny z objawów, który mogę na sobie obserwować - nie mam żadnego sprzętu medycznego, żeby sprawdzić, czy mam rację, i czy organy wewnętrzne naprawdę działają w tym momencie tak, jak mi się to wydaje. Jest to jednak najlogiczniejszy scenariusz, zakładam więc, że jest prawdziwy. Dodatkowe nakłady energetyczne zapewne wędrują do nerek - jako “filtry” substancji szkodliwych powinny być wyróżnione, bo stężenie trujących związków w organizmie zaczyna osiągać wartości krytyczne. Część z nich - amoniak, na przykład, nie są już prawie produkowane; zahamowano procesy rozpadu i tworzenia aminokwasów, więc jony amonowe są związane w cząsteczkach białkowych monomerów i nie działają na szkodę organizmu. To się zmieni już niedługo, kiedy zapotrzebowanie na energię stanie się na tyle duże, że nawet aminokwasy się przed tym nie uchronią.

Obecnie niebezpiecznie zbliżam się do fazy czwartej - stężenie trucizn w moim organizmie będzie wtedy na tyle duże, że przekroczy wartość krytyczną. Zaczną się halucynacje, a mnie nie uratuje już nic poza szybką dializą i wieloletnim leczeniem. Słowem: nie będzie już odwrotu przed fazą piątą, śmiercią.


***


Po kilku dniach Mycroft nie umiał już udawać, że wszystko będzie dobrze. Snuł się po domu jak cień, cały czas z telefonem przy uchu i komputerem w dłoniach. Potrzebował jakiegoś śladu, nadziei. Nie jadł, nie pił, nie spał - cały czas gotów na najgorsze. Greg patrzył na to z przestrachem, wmuszając w starszego Holmesa jedzenie przy każdej okazji, jednak bez większych rezultatów. Lestrade starał się jak mógł - wrócił do pracy i rozpoczął oficjalne śledztwo, jednak jedyne tropy prowadziły do ludzi, którzy znikali jak cienie, gdy tylko zaczynał deptać im po piętach.


***


- Sherlock?

- Tak, John?

- Dlaczego mnie okłamywałeś?

Patrzę na niego z bezmyślnym wyrazem twarzy, nie pozwalając żadnemu grymasowi przedostać się przez moją maskę niezrozumienia. Czyżby odkrył… nie, to niemożliwe. Zawsze wyrzucałem jedzenie, kiedy John już spał - nie miał prawa nic zauważyć. Musiało zatem istnieć coś, co przeoczyłem, albo też Watson miał na myśli coś zupełnie innego.

- Nie rozumiem.

- Doskonale rozumiesz! - John krzyczy, a ja ściągam brwi ze zdumieniem na ten nagły wybuch gniewu - Ty znikasz w oczach, Sherlock! Boże, jaki ja byłem głupi… Nic nie jadłeś, przez ten cały cholerny czas nic nie jadłeś. A ja dałem się nabrać! Powiedziałeś, tego dnia kiedy zjadłem coś po raz pierwszy, że się ze mną zgadzasz. Że będziemy jeść po połowie. Oczywiście! Przecież ty nigdy nikomu nie przyznajesz racji! - oczy doktora ciskają pioruny, kiedy wstaje i przeszywa mnie wzrokiem z góry - Tak się ucieszyłem, że mamy jakąś szansę, że nawet nie...

- John…

- Nie! Nie będę cię więcej słuchał, Sherlock! Wiesz, do cholery, jak wyglądasz? Jak pieprzona śmierć. Masz zapadnięte policzki, podkrążone oczy i sine usta. Z resztą, nie tylko usta, cały jesteś fioletowy! Czy ty w ogóle jesteś w stanie jeszcze wstać?!

Patrzę Johnowi w oczy, kiedy powoli, podpierając się ściany, wstaję. Watson oddycha jak człowiek po długim biegu, patrząc na mnie z mieszaniną emocji, których nie potrafię nazwać. Odraza? Ale nie do mnie, bardziej do mojego stanu. Sam to czuję, wiem jednak że nie mogę tego zmienić, jeśli chcę go ocalić. I żal. Złość. Kiedy już stoję, wciąż nie puszczam ściany - wiem, że nie utrzymałbym się na nogach. Wtedy John robi krok w moją stronę. Ma doprawdy doskonałe wyczucie czasu, bo łapie mnie za ramiona dokładnie w chwili, w której świat ciemnieje mi przed oczami.

- Nie pozwól mi upaść… - szepczę jednak, wiedząc, że nie zrozumie tego we właściwy sposób.


***


- Coś znalazłem.

Szept Mycrofta brzmiał tak ulotnie, że Greg niemal go przegapił. Słysząc te słowa, Lestrade natychmiast wstaje i pędem rzuca się do Holmesa.

- Co?

- Wiemy, że Sherlock zniknął trzy dni przed Johnem, jednak był widziany w tamtym czasie przez sporą ilość świadków - głos Mycrofta brzmi słabo, jakby bał się okazać radość, żeby nie zapeszyć - John widziany był ostatnio przy Baker Street, gdzie najwyraźniej zobaczył coś, co naprowadziło go na trop Sherlocka. Przejrzałem zapisy z kamer. Popatrz.

Starszy z braci Holmes włączył nagranie, na którym John wychodzi z mieszkania i rusza w stronę stacji metra. Nagle przystaje, mruży oczy, jakby coś dostrzegł, po czym zmienia kierunek i biegiem rzuca się w stronę nadjeżdżającego autobusu z numerem 74. Mycroft przełączył obraz i puścił nagranie z innej kamery, na której widać, na co patrzył John - na wsadzony za wycieraczkę jednego z samochodów dostawczych arkusz drogiego, kremowego papieru z czterema zaledwie znakami: 74 - M.



***


John w końcu zasypia, a ja przeprowadzam standardowy zabieg - podbieram część jedzenia, przeciskam ją pod drzwiami i przesuwam resztę na talerzu. Mam w tym już wprawę. Tym razem staram się pobrudzić nieco kołnierz płaszcza, żeby brzmieć wiarygodniej, kiedy będę rozmawiał z Watsonem.

Leżąc w ciemnościach, postanawiam udać się do swojego Pałacu Myśli, żeby zapomnieć o przejmującym zimnie.  Ludzkie ciało to bardzo skomplikowany instrument. Cukry, lipidy, białka… Chwytam informacje o peptydach i zaczynam je przeglądać. Dwadzieścia aminokwasów budujących te cząsteczki znam na pamięć już od dwunastego roku życia, wiedza o nich została doprecyzowana na biochemii na studiach. Nie jestem pewny, dlaczego postanowiłem zachować te informacje, faktem pozostaje jednak, że mogą się to okazać ciekawą lekturą na dziś.

Zatrzymuję się na dłużej na fosforanie pirydoksalu, który jest potrzebny aminokwasom do rozpadu. Wątpię, czy zapasy witaminy B6, które miałem w organizmie osiem dni temu, wystarczyły by “transport” był jeszcze w stanie przeprowadzać transaminację. Jestem pewny, że moje ciało przerobiło na energię cały glikogen i wszystkie lipidy, jakie posiadałem - dziś, najpóźniej jutro rozpocznie glukoneogenezę ze związków białkowych. Leucyna i lizyna okażą się, jako cząsteczki ketogenne, zupełnie nieprzydatne w tym procesie. Pozostałe rodziny aminokwasów - szczawiooctany, fumarany, bursztyniany, ketoglutarany i pirogroniany, wykażą w tym względzie więcej kreatywności. Stworzą materiał energetyczny.

Zawsze interesowało mnie, po co w organizmie znajdują się szlaki metaboliczne, których organizmy nie używają. W końcu po co w przyrodzie coś, co nie jest wykorzystywane w żaden sposób? Pytałem ludzi, którzy uważali się “autorytetami” z biochemii i metabolizmu o śmierć z odwodnienia i z głodu, a wszyscy jednogłośnie stwierdzali, że nie mają takiej wiedzy, a potem usiłowali nasyłać na mnie psychologów. Potencjalne szlaki metaboliczne, dzięki którym organizm ludzki mógł przetworzyć pięć rodzin aminokwasów na glukozę (łącznie osiemnaście sztuk z dwudziestu, co w organiźmie żywym stanowiło przeciętnie 14,9 masy ciała, czyli całkiem sporo), nie mogły istnieć bez przyczyny. Pozostawiłem jednak wtedy ten temat bez odpowiedzi.

Dzisiaj mam wrażenie, że rozumiem swój “transport” odrobinę lepiej. Potrzebuje on sacharydów, żeby utrzymać mózg w dobrej kondycji. Od kilku dni zużywa wszystkie możliwe zasoby energetyczne, które sukcesywnie się kończą. Muszę teraz wyglądać jak wieszak (zanotować - zapytać Johna, jak bardzo schudłem… albo nie, lepiej nie). Rozkładanie białek do związków energetycznych jest niezwykle kłopotliwe - polipeptydy muszą zostać zdenaturowane, porozcinane, a następnie ich monomery muszą ulec redukcji do ketokwasów. Tworzy się przy tym grupa aminowa, która w normalnych warunkach, przy dostępie do wody, wydzielana jest razem z mocznikiem. Problem polega na tym, że mój organizm jest tak odwodniony, że o oddawaniu jakiejkolwiek ilości dwutlenku wodoru nie ma nawet mowy. Nawet ślinianki zostały uznane za bezużyteczne podczas okresu długotrwałego głodu i ślinę w ustach czułem ostatnio trzy doby temu.

Wygląda na to, że “transport” prowadzi obecnie walkę sam ze sobą. Z jednej strony nie może dopuścić do śmierci mózgu, z drugiej natomiast nie chce podwyższać stężenia amoniaku we krwi powyżej wartości krytycznej, gdyż to również oznacza dla organizmu jednoznaczny wyrok. Szkielety węglowe aminokwasów są czymś jednocześnie niezbędnym do przetrwania i zabójczym. Wszyscy wokół mnie uważali, że jestem pełen sprzeczności.

Nigdy nie zgadzałem się z nimi bardziej, niż w tej chwili.


***


Mycroft przeanalizował obraz ze wszystkich możliwych kamer miejskich. Było na nich widać całą podróż Johna, aż do zajezdni przy Putney Exchange. Autobus przez ostatnie dwa przystanki był pusty, jeśli nie liczyć Johna i kierowcy. Pojazd nie zatrzymał się na stacji - zniknął w zajezdni, a kiedy wyjechał godzinę później, prowadził go kto inny - a po Watsonie nie było śladu.



***


Kiedy opuszczam progi mojego Pałacu, John już nie śpi. Przygląda mi się, jakby chciał zapytać, gdzie byłem. Nie robi tego jednak, za co właściwie jestem mu wdzięczny - nie umiem przedstawić moich biochemicznych wniosków w sposób, w który Watson byłby go w stanie zrozumieć. Obaj tylko byśmy się zirytowali.

- Zjadłem coś - mówię, doskonale udając skruchę - Nie byłem w stanie myśleć. Zużyłem dokładnie połowę. Przykro mi, John, nie jestem w stanie…

- Nic już nie mów - Watson przysuwa się do mnie i obejmuje mnie ramieniem, jakby chciał powiedzieć, że doskonale mnie rozumie - Potrzebujesz swojego mózgu w dobrej kondycji, wiem. Zawsze mnie to irytowało, wiesz? - patrzę na niego, nie do końca rozumiejąc, co ma na myśli - No... że jadłeś dopiero, kiedy coś zaburzało twoje procesy myślowe.

Chwilę później John kładzie mi głowę na ramieniu, a mnie owiewa zapach kasztanów i zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaczęła się faza halucynacji z głodu. Gdyby nie to, że jestem wyczerpany, zapewne ucieszyłbym się z tego dużo bardziej, bo teraz mogę jedynie chłonąć ciepło mojego doktora i zastanawiać się, co by było, gdyby...


***


Mycroft nie znał pojęcia “nie da się” kiedy bardzo mu na czymś zależało. Dlatego kiedy usłyszał od naczelnego Dowódcy Armii Brytyjskiej, że nie da się zrobić nalotu na zajezdnię Putney Exchange i jej okolice w obrębie kilku przecznic, był bardzo… zdenerwowany. Telefon do Królowej załatwił sprawę niesubordynacji żołnierza, jednak Holmes wciąż odczuwał niesmak -  to była niepotrzebnie zmarnowana godzina. Nie, kiedy cała akcja miała potrwać kilkanaście kolejnych, a w każdej chwili los Sherlocka mógł się przesądzać.


***


Kiedy nie mam już siły otworzyć oczu wiem, że coś jest nie tak.

Ciemność zdaje się być miła, przytulna i pachnieć kasztanami. Synestezja, uświadamiam sobie. Zawsze chciałem tego doświadczyć. Z przyjemnością zapadam się czerń, a ta otula mnie niczym mój fotel na 221b Baker Street - znajomo, komfortowo, odprężająco. “Transport” trzęsie się z zimna, a do mojego otulonego cieniem umysłu dociera, że nadszedł mój czas. Tak wygląda umieranie. Właściwie to nawet się cieszę - spodziewałem się bólu, agonii, a nie tego spokojnego, pełnego nieuchronności uczucia. Zapewne mój mózg postanowił zrobić mi ostatni prezent - skierował do siebie wszystkie związki, jakie tylko uznał za potencjalnie energogenne, co zaburzyło gospodarkę elektrolityczną neuronów.

Czuję ciepło, rozprzestrzenia się z moich barków, a potem też z pleców, spod karku, z okolicy rąk. Coś kołysze mnie i unosi, poddaję się temu z przyjemnością. Moja głowa pływa w powietrzu, jakby unosiła się na powierzchni fal. Nagle uświadamiam sobie coś ważnego - ciepło ma zapach kasztanów. Resztką sił i przytomności postanawiam się z Tobą pożegnać i na moment rozchylam powieki.

- John… prze… przepraszam.

Nie jestem w stanie powiedzieć wszystkiego, co chciałbym Ci teraz przekazać. Wiem jednak, że rozumiałbyś mnie nawet bez słów. Pogrążam się w ciemności, a myśli w głowie rozjeżdżają się jak podczas migreny. Kołysanie nie ustaje, przybiera na sile… Przepraszam. Przepraszam za to, że nie okazałem się być wystarczająco sprytny, żeby nas stąd wydostać, oszczędzić ci tego. Przepraszam za to, że ściągnąłem nam na głowę Moriarty’ego. Czerń zdaje się zamykać nad moją głową, próbuję resztką przytomności wykrzesać z siebie resztę mojego monologu. Nie chcę umrzeć, wiedząc, że do samego końca wypierałem prawdę. Przepraszam, że będziesz musiał żyć z moją decyzją. I w końcu, przepraszam za to, że umieram. I że nigdy nie powiedziałem Ci, że…


***


-Znaleźli. Podejrzany budynek przy Token Yardzie, dwie ulice od Putney High Street. Zaraz zaczną obławę.

Mycroft uznał słowa Grega za najdroższy podarunek świata i szybko rozkazał kierowcy podążyć w tamtą stronę. Obaj siedzieli w limuzynie w centrum akcji, analizując przez komputery i nadajniki postępy wojskowych, kiedy nadeszła ta dobra nowina. Mycroft sięgnął po rękę Grega, a ten nieco się zdziwił - Holmes zdawał się być zamknięty w swoim świecie od Halloween, od dnia, w którym wrócili z miesiąca miodowego. Unikał wszelkiego kontaktu i uciekał nawet wtedy, kiedy Lestrade chciał dodać mu dotykiem otuchy. Teraz, po dwóch tygodniach, wszystko miało się wyjaśnić. Policjant splótł ich ręce, wiedząc, że dopiero teraz Mycroft pozwala sobie na analizowanie wszystkich możliwych scenariuszy i najwyraźniej przerażały go własne wnioski.

- Gregory… Jeśli jemu coś się stało, Moriarty nie ujdzie z tego z życiem. Przysięgam.

Lestrade nie komentuje, wiedząc, że ma być jedynie świadkiem. Kiedy limuzyna zatrzymała się, Holmes wziął głęboki oddech i po raz ostatni ścisnął rękę Grega, a potem ruszył, żeby spotkać się z bratem.


Flying at the speed of light
Thoughts were spinning in my head
So many things were left unsaid
It's hard to let you go...

___________________________________

Sometimes you gotta run before you can walk


Ostatnio zmieniony przez Tony. dnia Sob Sty 07 2017, 18:05, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Olgie.
Moderator
Moderator
avatar

Female Wiek : 21
Skąd : Warszawa - czasem Poznań
Liczba postów : 372
Rejestracja : 03/01/2016

PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]   Pią Lis 11 2016, 02:21

O Borze, ten tekst jest tak zajebisty, że nie mogę tego ogarnąć słowami. Najchętniej padłabym na kolana i biła przed Tobą pokłony, bo Twój Sherlock jest serialowy. Mogłabyś usiąść z Mofftissem i pisać razem z nimi scenariusz.

O dziwo ogarnęłam większość chemicznych rzeczy, które są potrzebne dla zrozumienia tego tekstu, więc Następny Czytelniku, jeśli właśnie przescrollowałeś ten chemiczny fragment, wróć do niego! Uważam, że na Twoim przykładzie wykładowcy chemii powinni pisać fanfiction i przemycać w nim wiedzę.

Ten tekst jest tak piękny i smutny, że aż nie mogę. Nie wiem, jak to opisać, jak Ci przekazać moje odczucia. To jest straszne, bo ja po przeczytaniu tego tekstu nie mogę znaleźć słów.

Twoje zakończenie. Nie mogę się z nim pogodzić. Nie mogę. Co będzie a Johnem? Co będzie z Mycroftem?

Wyobrażam sobie jego świętą furię, wyobrażam sobie jak spuszcza ze smyczy tą najgorszą część siebie. Nie chciałabym być teraz na miejscu Moriarty'ego.

Twój tekst całkowicie mnie rozwalił. Położył na łopatki. Wprawił w zachwyt i oniemienie i sama nie wiem, co jeszcze, ale to coś to coś dobrego.

Ukłony.
Pozdrawiam i życzę weny.

___________________________________

I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobi będę głupi - Edward Stachura

What we're doing here ain't just scary
It's about to be legendary


Powrót do góry Go down
Wirka.
Admin
Admin
avatar

Female Wiek : 27
Liczba postów : 862
Rejestracja : 21/12/2014

PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]   Pią Lis 11 2016, 10:52

No nie, Olgie? Tekst trochę powstawał, ale czułam, że to jest to i że może to być najlepszy tekst Tony na tę akcję. I chyba jest Very Happy

Sama się rozpływam nad jej Sherlockiem, którego ja nigdy tak nie napisze [mam wrażenie, że mogę pisać tylko Johnem, albo Moriartym...]. No i diabelska intryga i Mycroft. Podoba mi się zawieszone zakończenie, daje pewne możliwości i szczerze mówiąc mam ochotę usiąść teraz i napisać kolejnego ff-a do ff-a - o tym, jak Mycroft dopada do Moriatyego, chwyta jego głowę w dłonie i trzaska nią o mur. Tak po prostu, brutalnie, gwałtownie. Gregory nie robi nic, by go powstrzymać, doskonale rozumiejąc furię. A Mycroft później żałuje, że Moriart'yego nie da się zabić ponownie.

Albo GORZEJ. To też nie był prawdziwy Moriarty, a przygotowany operacjami chirurgicznymi klon/sobowtór. Jeden z wielu. Koszmar się nie kończy, nigdy, prawda? To mogłoby być hasło przewodnie tej akcji.

Wracając do tekstu - jestem na Tak, cieszę się bardzo, że piszesz i będę dźgać o kolejne teksty - fandom Sherlocka zasługuje na długi tekst spod twojej klawiatury. Taki rozdziałowy<3
W.

___________________________________

Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]   

Powrót do góry Go down
 
[Sherlock BBC][M] Zamiast siebie [SH/JW]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Magiczne choroby i urazy
» Severus Snape
» Akademia Fiore
» Jak by wyglądała Twoja postać... gdyby była innej płci.
» Opuszczony kościół

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
~.Imaginarium.~ :: FANFICTION :: Serial & Film & Adaptacje :: Slash :: +12-
Skocz do: