IndeksRejestracjaSzukajFAQZaloguj

Share | 
 

 [Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Disharmony
Jeździec Apokalipsy
Jeździec Apokalipsy
avatar

Female Wiek : 20
Liczba postów : 351
Rejestracja : 20/01/2015

PisanieTemat: [Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]   Wto Mar 10 2015, 22:16

Autor: anga971
Beta: brak
Pairing: Johncroft
Gatunek: drama
Ostrzeżenia: teenlock ( Sherlock ma siedemnaście lat ), działania weterynarzy na przykładzie polskich, mam świadomość, że jesteśmy sto lat za murzynami, jeżeli chodzi o wiedzę i technikę w tej dziedzinie Wink

A/N: Cóż, jest to tekst, który zapewne nie przypadnie raczej do gustu. Tak zaznaczam z miejsca, żeby potem nie było Wink Tak naprawdę jest to coś, co piszę zupełnie dla siebie, coś, co chodziło za mną od października i tydzień Sherlocka na gospodzie stał się dla mnie impulsem, by w końcu rozliczyć się z przeszłością. Także, nie przedłużając Wink


Z okazji tygodnia Sherlocka, prompt: AU weterynaryjne




Śpij, mój kochany Aniołeczku [']


Po ostatnie tchnienie


Przewrócił stronę czytanej gazety, by dokończyć artykuł na temat upadku Moriarty’s Group, nad którego oszustwami giełdowymi pismaki rozpisywały się już od przeszło tygodnia, gdy usłyszał trzaśnięcie drzwiami i po chwili do salonu wparował Sherlock.

— Coś jest nie tak.

Było wszystkim, co powiedział, patrząc na Mycrofta swoimi przenikliwymi, błękitnymi oczami. Starszy z braci nie oderwał wzroku od gazety, dopóki nie skończył akapitu.

— Sąsiedzi się rozwodzą — powiedział, myśląc, że chodzi Sherlockowi o ciągły hałas na klatce.

— Przecież wiem! — Machnął dłonią, jakby to naprawdę było takie oczywiste. Mycroft uniósł brwi, na co chłopak potrząsnął głową, jakby rozwijanie swojej myśli było dla niego co najmniej obraźliwe. — Znowu nosi te okropne mokasyny.

Mycroft parsknął. Cały Sherlock.

— Skoro nie o tym mówisz, to o czym? — zapytał, odkładając gazetę na bok. Sherlock wydawał się być nienaturalnie pobudzony, widział to w jego oczach, po czym wnioskował, że musiało wydarzyć się coś naprawdę złego.

— Rudobrody nie przywitał mnie, gdy wróciłem z uczelni, a kiedy wszedłem do pokoju, tylko na mnie spojrzał.

— Dosypałeś mu jedzenie?

— Nie ruszył się.

Och. Podniósł się z fotela i ruszył za bratem do jego pokoju. Podeszli do łóżka, na którym leżał kociak, patrząc na nich swoimi bystrymi oczami. Na pierwszy rzut oka, nic się zmieniło, jednak, odkąd nieco ponad dwa miesiące temu, sprezentował Sherlockowi na urodziny tego cudacznego kociaka, ten nigdy się tak nie zachowywał. Owszem, nie był taki jak jego rodzeństwo, które nawet przez chwilę nie potrafiło usiedzieć na miejscu, kiedy Mycroft dogadywał szczegóły z hodowczynią, jednak jeżeli chodziło o jedzenie,sprawiał wrażenie, jakby od wielu dni nic nie jadł. Biegał, skakał i miauczał tak głośno, jak był w stanie, kręcąc się obok szafki, w której Sherlock trzymał jego ulubione smakołyki.

Mycroft usiadł na łóżku, a kociak po chwili ulokował się na jego kolanach. Sherlock przyglądał się im uważnie, po chwili ostrożnie siadając obok. Położył dłoń na głowie Rudobrodego, który już po chwili się rozmruczał. Był niesamowity.

Kiedy Mycroft szukał idealnego towarzysza dla Sherlocka, kierował się świadomością, że zwierzak nie może być głupi. Nie potrafił sobie wyobrazić, by Sherlock mógł przełknąć fakt, że jego pupil wytarza się w jakichś odpadach, będzie szczekał jak nawiedzony, czy da się przekupić każdemu byle czym. Albo, że bez ustanku będzie starał się absorbować jego uwagę. Nie. Dlatego padło na kota. Ważne było również to, by zwierzak miał w sobie to coś, a im więcej Mycroft przeglądał różne strony i czytał o tych wszystkich rasach kotów, tym miał coraz większy mętlik w głowie. Olśnienie spłynęło na niego właściwie dopiero wówczas, gdy wziął się za pojedyncze oferty i dostrzegł tego małego cudaka. Devon rex. Nawet kiedy dzwonił, by umówić się na wizytę w hodowli, nie mógł uwierzyć, że to naprawdę jest kot. Owszem, słyszał o tych wszystkich bezwłosych sfinksach, jednak dla niego kot to był zwykły dachowiec, dlatego początkowo skupiał się raczej na rasach z dłuższą sierścią. Jasne jednak stało się, że Sherlock potrzebuje wyjątkowego przyjaciela. Taki był Rudobrody.

Niejednokrotnie, gdy Mycroft po prostu się im przyglądał, nie mógł uwierzyć w to, jak dobrze się dogadują. Kociak był małym myślicielem, często marszczył czoło, jeżeli w ogóle można było powiedzieć coś takiego o kotach i wyglądał, jakby wszystko musiał rozważać. Jednak kiedy trzeba było, okazywał potrzebny entuzjazm — jak przy jedzeniu, czy zabawie. I mruczał. Czasami wystarczyło po prostu na niego spojrzeć.

— Wydaje się w porządku. Jest ciepły, ale devony mają podwyższoną temperaturę ciała… — Zawiesił się na moment, podnosząc palcem jego brodę. Oczy, uważne, błyszczące. Jednak jakby coś było nie tak. Był osowiały?

— Coś jest nie tak. Jestem tego pewien — powtórzył uparcie.

Mycroft również to czuł. Tak czy inaczej, póki co Sherlock miał następnego dnia w szkole ważny egzamin i na nim powinien się skupić.

— Jutro i tak nie idę do pracy, więc gdyby coś się zmieniło, powiadomię cię. Póki co skup się na obowiązkach — dodał, jeszcze raz głaszcząc kociaka przez całą długość grzbietu. Od kilku dni zaczął coraz mocniej obrastać i jego miękka sierść zaczynała już się falować. — Zrobię ci herbatę — powiedział jeszcze, szturchając kociaka, by przeszedł na kolana Sherlocka.

Chłopak przytaknął, biorąc Rudobrodego pod pachę, po czym skierował się do biurka.

*

Przykucnął, obserwując jedzącego kociaka. Do południa wszystko było w porządku, jednak miał wrażenie, że wskakując na blat, w oczekiwaniu na porcję wołowiny, jakoś dziwnie ustawił tylne kończyny. Jego myśli pędziły jak szalone. Mógł źle skoczyć? Spaść z czegoś, zwichnąć łapę?

Sięgnął do szafki obok lodówki i wyciągnął z niej ulubioną zabawkę — piórka na patyku. Przesunął po niej palcami, czekając, aż kociak pochłonie ostatni kawałek, po czym zamachał przed nim. Rudobrody spojrzał tylko, nie wykazując chęci zabawy. Zacisnął zęby.

Może tylko im się wydawało? Byli paranoikami i przesadzali. Westchnął, biorąc go na ręce. Wolał nie ryzykować, że spadnie, jeszcze by coś sobie zrobił. Wyciągnął kociaka przed sobą na odległość rąk i przyjrzał mu się krytycznie. Rudobrody oddał spojrzenie, na co Mycroft tylko uśmiechnął się, patrząc na jego nieobrośnięty brzuch.

— Trzeba cię kolego wykąpać. Sherlock jak zwykle o tym zapomniał. Kociak wydawał się nie mieć nic przeciwko, bo po chwili zaczął mruczeć.

Jak on uwielbiał tego kota.

W dzieciństwie nigdy nie mieli żadnych zwierząt, bo matka była rygorystyczna pod względem porządku. Jednak jako najbliższa Sherlockowi osoba, który nigdy nie był jakoś szczególnie zainteresowany zawieraniem przyjaźni z innymi dziećmi w jego wieku, wiedział, że chłopak czuł się samotny i od dawna marzył o kimś, kogo mógłby mieć tylko dla siebie. Stąd też padł taki wybór na prezent na siedemnaste urodziny brata.

Jedną ręką otworzył drzwi do łazienki, kierując się od razu do wanny. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, stawiając Rudobrodego na półce obok. W tym czasie podwinął rękawy koszuli i sięgnął po, stojący między jego a Sherlocka, szampon. Postawił go w pobliżu, by miał go pod ręką, gdy już będzie potrzebny i sprawdził temperaturę wody. Rudobrody cały czas śledził każdy jego ruch. Dolał jeszcze trochę zimnej, po czym włożył kota do środka. Rudobrody, jak za każdym razem, wpierw zamarł, wzdrygnął się i po chwili już przesuwał się powoli w wodzie. Mycroft w tym czasie, asekurując kociaka jedną ręką, żeby przypadkiem nie przyszło mu do głowy wyskoczyć — co zdarzyło mu się już kilkukrotnie, na wskutek czego obaj skończyli mokrzy — otworzył szampon i wylał go trochę kociakowi na grzbiet. Opierając się o brzeg wanny, pochylił się i zaczął wmasowywać delikatnie pachnący płyn w skórę Rudobrodego kolistymi ruchami. Ciało pod jego palcami przyjemnie wibrowało, podczas gdy kociak mruczał.

Podnosząc go, musiał pomóc sobie drugą ręką, by umyć mu również brzuch, po którym zawsze najszybciej było widać zabrudzenia. Rudobrody odgiął głowę, patrząc mu prosto w oczy i Mycroft uśmiechnął się do niego lekko, odstawiając znowu do wody.

— Wszystko będzie dobrze, kociaku — mruknął, sięgając po pojemniczek, którym nabrał wodę, by spłukać z malucha szampon.

Kiedy powtórzył cały proces, wziął przewieszony przez szafkę, puchaty ręcznik i wyciągnął kota. I tak jak z kąpielą nie było żadnego problemu, dziwnym trafem Rudobrody zupełnie nie lubił wycierania.

Sprawnym ruchem owinął kociaka tak, że wystawał mu tylko nos i patrzące na niego uważnie oczy, podczas gdy Mycroft czuł pod palcami, że kociak pracuje, by się jakoś wydostać.

— Poczekaj chwilę, przecież nie chcemy cię przeziębić — powiedział, pocierając trzymane w objęciach ciało. Sierść na grzbiecie była już po chwili sucha i pozostawało mu już tylko dosuszyć okolicę uszu i ogon, po czym pozwolił kociakowi uciec do sypialni Sherlocka. Patrzył za nim, a niepokój go nie opuszczał. Rudobrody dziwnie stawiał tylne łapy.

*

Następnego dnia zaalarmował go Sherlock, wpadając rano do jego sypialni w samych spodniach.

— Jedziemy do weterynarza. Ma gorączkę.

Mycroft tylko skinął krótko głową, a Sherlock wypadł z jego pokoju i już po chwili mężczyzna słyszał trzaskające szafki, kiedy chłopak się ubierał. Sam wciągnął na siebie wyciągniętą z szuflady bieliznę, przewieszone przez oparcie krzesła czarne spodnie, po czym otworzył szafę w poszukiwaniu jakiejś koszulki i udał się do pokoju chłopaka.

Sherlock klęczał na podłodze, muskając palcami pyszczek kociaka.

— Coś z tym zrobimy, Rudobrody. Nie martw się.

Mycroft uklęknął obok niego, przesuwając dłonią po ciele kociaka. Może był nieco cieplejszy.

— Jakieś inne symptomy?

Chłopak skinął głową, zaciskając usta. Nie chciał na niego spojrzeć. Mycroft czekał.

— Nie chodzi prosto. Lekko na skos, w prawą stronę.

Coś zacisnęło się w jego żołądku.

— Coś jeszcze?

— Nie potrafię tego wyjaśnić.. Wieczorem wszystko było dobrze, spał ze mną na łóżku. Kiedy dzisiaj chciał na nie wskoczyć, zarzuciło go na bok. W drodze do misek zachwiał się, zupełnie, jakby ktoś pociągnął go nagle za zadek. Zarzuciło mu tyłem. Kiedy próbował wskoczyć na parapet… i w końcu mu się to udało, od razu zaczął lizać ścianę. Myślisz, że to ma jakieś znaczenie?

Mycroft westchnął, biorąc kota na rękę.

— Daj transporter, pojedziemy do doktora Andersona, podobno jest najlepszy.

Sherlock skinął głową, po czym wyciągnął z szafy zieloną budkę. Włożył do niej leżący z boku łóżka koc, po czym pomógł Mycroftowi umieścić w środku Rudobrodego. Zamknęli drzwiczki.

— Wyprowadzę samochód, a ty przedzwoń i poinformuj Anthe’ę, że się się dzisiaj spóźnię. Pośpiesz się — dodał i wyszedł z pokoju. Przed wyjściem tylko założył buty i sztruksową kurtkę, zgarnął kluczyki z haczyka, po czym pospieszył do garażu, mrucząc pod nosem uspokajające słowa do niespokojnego kota.

*

— Zatruł się.

Mycroft widział, że Sherlock chce zareagować, dlatego sam się odezwał:

— Nie potrafię sobie przypomnieć, byśmy mieli coś szkodliwego, czego mógłby się nawdychać czy polizać.

— Macie rośliny? Płyn do przeczyszczania rur? Jakieś środki czystości, poszukajcie, pomyślcie. Proszę tylko przyłożyć ucho do jego brzucha, wszystko tam fermentuje. — Anderson spojrzał na ekran laptopa, do którego wpisywał swoje rozpoznanie. — Do wieczora, najpóźniej jutro rano, możecie spodziewać się rozwolnienia i wymiotów. Teraz podamy mu antybiotyk o szerokim spektrum działania i witaminy na wzmocnienie. Niedługo powinno mu się poprawić, a was chcę widzieć jutro po kolejną dawkę leków. Ważne, byście nie dawali mu do jutra nic do jedzenia, żeby wpierw wszystko mu się przeczyściło. — Mężczyzna spojrzał na Sherlocka, po czym wstał i poklepał go po ramieniu, kierując się do rzędu szafek. — Głowa do góry, kilka dni i twój kociak będzie jak nowonarodzony — powiedział, wyciągając trzy buteleczki. — No, chodź maluchu…

*

Mycorft zapukał do pokoju Sherlocka, trzymając w ręce tackę z herbatą i obiadem. Kiedy usłyszał ciche mruknięcie, wszedł do środka i zmarszczył brwi, widząc bawiącego się na ziemi kociaka. Sherlock przyglądał mu się z otwartą książką na kolanach.

— Jak tam? — zapytał, stawiając na biurku tacę. Sherlock tylko obrzucił kotleta z surówką niechętnym spojrzeniem i sięgnął po kubek, podwijając pod siebie nogi.

— Lepiej. Odzyskał energię, ani razu się nie zachwiał. Ale…

Tak czuł. Od momentu, gdy wszedł do pokoju, widział, że coś jest nie tak.

— Nie miał rozwolnienia. Kał był normalny.

Skinął głową.

— Jeżeli ten durny weterynarz pomylił fermentację z mruczeniem — warknął chłopak, nagle rzucając książkę na łóżko. Mycroft westchnął, przyglądając mu się uważnie.

— To raczej niemożliwe. W końcu jest w zawodzie od dawna, nie byłby tak głupi.

— Proszę cię! Myślisz, że każdy kot mruczy u weterynarza? Rudobrody jest wyjątkowy — zakończył miękko i Mycroft nie mógł sobie wyobrazić, by kotu rzeczywiście miało się coś stać. Mimo, że był z nimi od tak niedawna, zdążył tak naprawdę owinąć sobie ich obu wokół pazura. Mycroft nigdy nie przypuszczał, że posiadanie zwierzęcia tak bardzo przypadnie mu do gustu. — Poszukałem trochę i jako chorobę dziedziczną u tej rasy często podaje się dystrofię mięśni szkieletowych.

— Tak, też o tym czytałem. W razie czego można to podsunąć lekarzowi, jeżeli rzeczywiście okaże się, iż to nie było zatrucie.

— Czym by się zatruł? — Sherlock machnął dłonią, nie zwracając już uwagi na brata. Zamiast tego wstał i zaczął przechadzać się po pokoju, co rusz popijając herbatę. — Nie mam pojęcia co o tym myśleć. Nigdy wcześniej nie zauważyłem nic niepokojącego.

— Zatruł się farbą? — zasugerował, samemu w to nie wierząc. Odkąd wrócili, zamiast zająć się leżącymi na jego biurku umowami, cały czas przeszukiwał internet w poszukiwaniu jakichś poszlak, które mogłyby mu wskazać, co jest z Rudobrodym. Była to dla nich nowa sytuacja i widział, że Sherlock również się miota. Nie mieli w zwyczaju pozostawać bierni, a w tym przypadku, ich rozległa wiedza i zdolność szybkiego kojarzenia do niczego się nie przydawała. Mało tego, tak naprawdę nic interesującego nie udało mu się znaleźć. Im więcej czytał, tym bardziej był zaskoczony, patrząc na mnogość różnych chorób. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy z tego, ile tak naprawdę tego może być. Kocia białaczka, wszelkie upośledzenia, wnętrostwo, kocie katary i inne świństwa. Był również zdziwiony, jak często występują przypadki zachorowań na wszelakie nowotwory, nawet nie u samych kotów, ale ogólnie zwierząt.

— Bzdura. To musi być coś innego.

Chłopak odstawił kubek na biurko, po czym wplątał palce w loki i szarpnął, wydając z siebie warknięcie. Mycroft dawno nie widział go w takim stanie. Podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu, zatrzymując w pół kroku. Zmusił go, by na niego spojrzał.

— Spokojnie, Sherlocku. Może pomoże. Zobaczymy, jak będzie się czuł jutro, najwyżej zrobi się więcej badań…

— Więcej? Nie rozśmieszaj mnie, Mycrofcie. Ten konował nie zrobił nic. Doprawdy, fermentacja!

— Nie zrobił, bo przedstawił nam rozpoznanie bez tego. To tak, jakbyś idąc do lekarza z katarem, żądał zrobienia ultrasonografii jamy brzusznej.

Chłopak tylko prychnął, wyszarpując się. Mycroft zacisnął usta, po czym spojrzał na bawiącego się puchatą myszką Rudobrodego. Ukucnął przy nim i podniósł go na wysokość swoich oczu.

— Damy radę — wyszeptał i pocałował kociaka w czoło, po czym odłożył go w to samo miejsce i wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. — Zjedz coś.

*

Mycroft nie mógł spać, dlatego jak tylko zadzwonił budzik, udał się do pokoju Sherlocka, by sprawdzić, co z Rudobrodym. Gdy drzwi uchyliły się i zajrzał do środka, zobaczył błyszczące oczy w ciemności i już po chwili rozległo się miauknięcie i stukot łapek kociaka na panelach, kiedy do niego podbiegał. Zapalił światło, klękając, by wziąć kocurka na ręce, po czym spojrzał na Sherlocka.

— Chodzi normalnie. Wstawaj, idziesz do szkoły.

— Wolałbym zostać… — mruknął, nie wystawiając nosa spod kołdry.

— Popracuję dzisiaj w domu, idź. Muszę dbać o twoje wykształcenie.

Odpowiedziało mu niewesołe prychnięcie.

— Ta szkoła i tak na nic mi się zda. Zostanę detektywem, a Hobbers może się schować ze swoimi wykładami na temat największych morderców osiemnastego wieku. Jestem pewien, że sam bym go lepiej poprowadził.

— Zapewne tak. Wciąż jednak musisz stwarzać pozory i ośmieszać ich swoją wiedzą, także wstawaj. Po południu pojadę z Rudobrodym do weterynarza,

— Nie jedź beze mnie. — Sherlock w końcu wysunął głowę spod kołdry, patrząc na brata buńczucznie. Mycroft tylko pokręcił głową.

— Pozwól czasami odciążyć swoją głowę, mój kochany bracie. Idę do biura po potrzebne materiały, a gdy wrócę, ma cię tu nie być — zaznaczył, pocałował kociaka w czubek głowy, po czym podszedł do łóżka i podał Sherlockowi, który już po chwili wtulał w niego twarz przy wtórze kociego mruczenia.

*

Mycroft siedział na krześle, zaciskając zęby. Było źle. Nie powiedział o tym jeszcze Sherlockowi, nie chcąc ryzykować, że ten wyjdzie ze szkoły, ale tak jak z rana wszystko było w porządku, to już w okolicach czternastej Rudobrody znowu zaczął się zataczać. Jakby tego było mało, wskakując na łóżko, tak nim zarzuciło, że upadł dobry kawał od mebla. To przesądziło sprawę, by natychmiast udał się z powrotem do kliniki, żądając zestawu badań. Równie dobrze to mogła być wątroba, czy cokolwiek innego. Chciał chociaż ogólnych wyników badań krwi i na podstawowe choroby. Może jakiś rentgen czy ultrasonografię jamy brzusznej, nieważne.

Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, wszedł do środka i skrzywił się, widząc innego lekarza.

— Dzień dobry — przywitał się, stawiając transporter na stole. Mężczyzna skinął mu głową, siadając przy komputerze.

— Nazwisko?

— Holmes.

— Rudobrody?

— Tak.

— Dobrze, co my tu mamy… Mężczyzna przebiegł wzrokiem po tekście, po czym skierował się do szafek. — I co, lepiej?

— Jego stan się pogorszył. Wczoraj było lepiej, dzisiaj rano też w porządku, ale znowu zaczął się słaniać na nogach. Zazwyczaj chodzi nieco na skos i nawet wtedy zarzuca mu tyłek. Kilka razy również pochylał się i lizał podłogę. Może to być coś neurologicznego? Czytałem również o miopatii…

— Proszę pana. To normalne, że kocię jest osłabione, skoro od doby niczego nie jadł. Poza tym, skoro miał rozwolnienie…

— Nie miał żadnego rozwolnienia — wtrącił Mycroft.

— … To normalne w przypadku zatrucia.

— Najwyraźniej się nie zatruł. Wczoraj zrobił normalny stolec, nie miał żadnego rozwolnienia. Chciałbym, by zrobił pan badanie krwi, sprawdził pod kątem wątroby i…

— Proszę pana. Nie ma potrzeby robić żadnych badań. Podajemy mu antybiotyk o szerokim spektrum działania. Póki co leczymy go na zatrucie, a gdyby to była jakaś inna błahostka, antybiotyk również zadziała. Zresztą sam pan widział, że polepszyło mu się. Osłabienie jest naturalne…

— Nie słucha mnie pan. Powiedziałem, że nie wystąpiły żadne objawy, które pan Anderson wskazał jako typowe dla zatrucia. A stolec. Miał. Normalny.

Nagle drzwi otworzyły się i do środka wszedł niezbyt wysoki młodzieniec z jasnymi włosami, raczej mysiego odcieniu, który skierował się do sali obok, mrucząc jakieś powitanie. Weterynarz nie zwrócił na niego uwagi. Nabrał bezbarwnego specyfiku do strzykawki, po czym podszedł, ręką wskazując, by Mycroft otworzył mu transporter.

— Powiem panu coś — warknął, patrząc Holmesowi prosto w oczy, gdy łapał kociaka za kark, by pozostał w bezruchu, gdy poda mu antybiotyk. — Robię, co do mnie należy, a niech mi pan wybaczy, że nie jestem cudotwórcą.

*

Mycroft wyszedł z kliniki, po raz pierwszy od dawna mając ochotę trzasnąć drzwiami. Co za opryskliwy człowiek. Od kiedy to jakikolwiek lekarz był oporny przed zrobieniem badań, za które i tak mu się płaciło. Nieważne. Zaraz znajdzie inną klinikę. Skoro tak wyglądała tutejsza opieka…

— Przepraszam! — Dobiegło go wołanie od strony schodów, ale zignorował je, uznając, że to może do kogoś innego. — Panie od zatrucia! Proszę zaczekać! — Tym razem Mycroft odwrócił się i dostrzegł zbiegającego po schodach młodzieńca, który już po chwili stał obok niego, wyciągając dłoń.

— John Watson. Właściwie doktor Watson — zaczął, a Mycroft musiał przełożyć rączkę transportera do drugiej, podając prawą.

— Mycrot Holmes — powiedział, unosząc brew. — W czym mogę służyć?

Chłopak z bliska wydawał się starszy, może nawet w wieku Mycrofta, zamrugał nerwowo, po czym sięgnął do kieszeni i wcisnął mu w dłoń wizytówkę.

— Słyszałem, jak cię potraktował. Jeżeli chcesz badań i życzliwszej pomocy, przyjedź, postaram się pomóc.

Mycroft przyglądał się mu przez chwilę uważnie. Czyli chłopak na pewno musiał być w jego wieku, skoro po skończeniu szkoły zdążył ją zająć się prowadzeniem gabinetu weterynaryjnego. Tak naprawdę nie miał nic do stracenia i jeżeli w klinice doktora Watsona miano by się lepiej zająć kotem Sherlocka, dołoży wszelkich starań, by się w niej pojawić.

— Nie, nie jesteśmy cudotwórcami, ale dobro zwierząt leży w naszej naturze — powiedział John. Spojrzał jeszcze raz na Mycrofta, nim odwrócił się w przeciwnym kierunku. — Mam nadzieję, że do zobaczenia, Mycrofcie Holmesie!

___________________________________

Zamierzam rozpalić ogień w twoich zimnych oczach ~






~ Wielbię cię ~

Powrót do góry Go down
http://devon-syberyjczyk.pl
Wirka.
Admin
Admin
avatar

Female Wiek : 27
Liczba postów : 862
Rejestracja : 21/12/2014

PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]   Sro Mar 18 2015, 01:58

Ciężko mi ubrać w słowa swoje myśli po tym fragmencie. Głównie dlatego, że jak rozumiem, jest to tekst pożegnalny i nie powinnam się spodziewać, że John zdoła kotu pomóc. A szczerze mówiąc, mało co "rusza" mnie w tekstach/filmach bardziej, niż krzywda zwierząt. Zdaje się, że wszelkie zasoby instynktu macierzyńskiego jakie mogło wytworzyć moje ciało i umysł, przelałam na zwierzęta. Wiem, że i w Twoim życiu jest ich wiele i są niezwykle ważne.

Nie jestem ani psiarą, ani kociarą. Obecnie mam w domu dwa kociaki, ale miałam w rodzinie i psa, przez niespełna 10 lat. W zeszłe wakacje poznałam czarną stronę branży weterynaryjnej w Polsce. Spotkałam lekarkę, która nie potrafiła założyć cewnika mojej Luce przez dobre piętnaście minut (15! w pozycji przyciśnięcia do stołu) i jej przełożonego, który męczył się kolejne 10, zanim wreszcie zdołał to zrobić. Kompletną nieumiejętność wykonania prześwietlenia; rozkładanie rąk i informowanie nas, że praktycznie nic się nie da zrobić.

Spotkałam też i jasną stronę. Lekarza, miejscowego, który się nie poddawał, który sprowadził dla nas leki, konsultował sprawę z innymi lekarzami telefonicznie, przychodził po godzinach, nie licząc nam za wizyty, byle tylko jej pomóc. Może by zdołał, gdyby Luka się nie poddała.

Kiedy pisałaś o tym, jak Mycroft odkrywał choroby zwierząt, przypomniało mi się jak z łzami w oczach szukałam czegokolwiek w sieci, co mogłoby pomóc. Ale też i o tym, że tak wiele ich problemów i chorób spowodowaliśmy sami. Widzisz, ja to wiem z własnego przykładu. Moja Luka odeszła przez zmiany zwyrodnieniowe na kręgosłupie, które nagle sparaliżowały jej tylne łapy. I to ludzie są winni, bo to celowa ingerencja w rasę (owczarek niemiecki) spowodowała sztuczną zmianę sylwetki i ich problemy. Inne rasy mają problemy ze skórą, uszami, trawieniem, wszystko przez to, że ludzie chcieli poprawiać naturę.

Rozumiem Twoje obawy, że tekst może się nie spodobać. Wydaje mi się, że jest on jednak w pełni zrozumiały dla osób, które kiedykolwiek przechodziły przez podobne sytuacje ze swoją zwierzęcą rodziną. Ta bezsilność, gdy stawiane są przed tobą kolejne mury, gdy próbujesz, ale patrzą na ciebie jak na idiotę ("czemu jej nie uśpisz? już dawno powinnaś to zrobić. Po co ją tak męczyć...").

Tekst ten przypomina mi chwile, gdy byłam w zupełnej niemocy, gdy walczyłam, by wykrzesać z siebie nadzieję, która zgasła, gdy Luka przestała reagować na swoje imię i nie chciała już nawet nic jeść. Widziałam autentyczny ból, niechęć, wreszcie poddanie w jej oczach. I dlatego nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wydają się nie rozumieć, że zwierzęta to istoty rozumne, emocjonalne, tak jak my. Oraz tych, którzy bagatelizują ich zdrowie i bezpieczeństwo.

Wiem, dużo prywaty. Ale wywlekłaś ze mnie coś, z czym do dziś się w pełni nie pogodziłam. Z pewnością więc dla części odbiorców jest to bardzo trafny tekst. Nawet jego część. Tak jak dla mnie. I rozumiem potrzebę napisania go. Sama to zrobiłam, może nie dosłownie, ale jednak.

Dziękuję, buziaki dla wszystkich Twoich kociaków.
W.

___________________________________

Powrót do góry Go down
Myst
Jeździec Apokalipsy
Jeździec Apokalipsy
avatar

Female Wiek : 24
Liczba postów : 247
Rejestracja : 21/12/2014

PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]   Sob Mar 21 2015, 20:23

Nie przepadam, kiedy w opowiadaniach jest zmieniany wiek bohaterów, jednak chyba będę w stanie to przełknąć, ponieważ reszta zdecydowanie mi się podobała.

Już dawno stwierdziła, że do sherlockowego fandomu koty pod wszelaką postacią pasują znakomicie, dlatego tym bardziej cieszę się, czytając kolejne opowiadanie z tym zwierzęciem (chociaż w oryginale Rudobrody był psem). I chociaż wiem też, że także wedle kanonu Sherlock w końcu stracił Rudobrodego, to jednak mam nadzieję, że to nie jest jeszcze ten moment w ich krótkiej relacji i młody John Watson, upieczony doktor weterynarii zdziała cuda (chociaż twierdzi, że nie potrafi).

Co do pairingu, który się tu zapowiada, to jestem naprawdę ciekawa jak to rozwiniesz.

Trzymam kciuki za skończenie opowiadania i weny życzę, M.

___________________________________



To grant another chance means to give opportunity to correct past mistakes.

— pod prywatnym patronatem —
W NAJGORSZYM ŚWIETLE + NOKTURN + PO WOJNIE + ULUBIENIEC ŚMIERCI + 365 DNI Z MYSTRADEM

Powrót do góry Go down
http://motylebezskrzydel.blogspot.com/
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]   

Powrót do góry Go down
 
[Sherlock BBC][NZ] Po ostatnie tchnienie 1/4 [MH/JW]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Ostatnie wydarzenia fabularne

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
~.Imaginarium.~ :: FANFICTION :: Serial & Film & Adaptacje :: Slash :: +12-
Skocz do: